Strona główna | Redakcja

Zbigniew Adamczyk - Nowa nowomowa / nr 7/09

Język zmienia się szybko. Estetów irytuje wulgaryzacja języka, powszechne nadużywanie przekleństw, traktowanie ich niemal jako znaków przestankowych. Bluzga ojciec, bluzga matka, bluzga sąsiad i sąsiadka. Młodzież przestaje słyszeć w swoim języku wulgaryzmy, bo też przestają one pełnić funkcję wyrazów mających na celu ubliżanie. Ot, przerywniki nieznacznie podnoszące temperaturę wypowiedzi, a właściwie słowa zastępujące drażniące eeeeee,yyyyyyyy czy noooo. Jąkanie się nie jest trendy, a mocne słowo – jak najbardziej. Przecież żyjemy w czasach twardzieli, którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać, którzy potrafią przerobić każdego na pokarm dla uśmiechniętych kotów. Wulgaryzmy są estetycznie niewątpliwie nieeleganckie, jednak wczorajsza ordynarna „rzyć”, dziś jest śmieszącym anachronizmem.

Jest jeszcze językowy obszar polityki. Drażniący najbardziej. Wcale nie wulgarnością, choć nawet prezydentowi udało się skutecznie przegnać natrętnego dziada dosadnym słowem. Bardziej pustosłowiem, nadmierną pompatycznością, wprowadzaniem do wypowiedzi słów-kluczy, które w istocie nic nie znaczą, ale brzmią tak, że niedouczony wyborca otwiera buzię z podziwu dla uczoności wybrańca partii. Zatem pełny consensus. Nasza opcja rozwiąże wszelkie problemy pojawiające się na horyzoncie owładniętego kryzysem państwa. Zewrzemy szeregi z przypadkowym społeczeństwem i  na drodze reform doprowadzimy do znaczącej modyfikacji życia publicznego. Stały postęp w dziedzinie organizacyjnej spełnia bowiem istotną rolę w kształtowaniu obiektywnego stanowiska aktywu wobec bieżącej sytuacji. Taki bełkot można usłyszeć z mównicy każdej partii.
 
Wczorajsza mowa-trawa, dzisiaj nie jest już wporzo. Purystów językowych oburza nawał, prawdziwy sztorm wtrętów obcych, które przebojem wpychają się do naszego pięknego języka i wypierają słowa rodzime lub za rodzime uchodzące. Bo któż jeszcze pamięta, że polska kasztelanka w prostej linii pojawiła się z angielskiego castelu, Grześ z rzymskiego Georgiosa, a pacierz z pierwszych słów łacińskiej modlitwy Pater noster czyli Ojcze nasz. Ale nikt nie zamierza przecież zamiast paciorka odmawiać ojcaszka. Tak więc – jeśli od ponad tysiąca lat język polski atakowany był przez słowa łacińskie, niemieckie, francuskie, rosyjskie, nawet tureckie czy tatarskie – i  dał sobie znakomicie radę, więc dlaczego mamy lamentować nad tragicznymi skutkami zanieczyszczania języka przez angielskie barbaryzmy? Pewnie, że można ładniej, czego byłem niedawno świadkiem – studenci Wyższej Szkoły Zarządzania Ochroną Pracy w Katowicach zamiast stringów zaproponowali sympatycznie i po polsku brzmiące podnietki, copywritera zastąpili haślarzem, a body nazwali gorsikiem (zabawą kierował dr Wojciech Śmiela, któremu czystość języka leży mocno na sercu). Lecz przecież i bez takich stymulowanych ex katedra (zwrot bez zmian od wieków), przez media (kiedyś „Przyjaciółka” ogłosiła zastąpienie słowa „szlafrok” polskim odpowiednikiem. Wygrała podomka, lecz szlafrok mimo wszystko ocalał), przez działania urzędnicze (próbowano zamienić listonosza w doręczyciela – nie wyszło) lub radosną twórczość speców od marketingu (słynny zwis męski, czyli krawat czy nie mniej fascynujące ocieplacze na jajka kurze) – język daje sobie radę. Dość podsłuchać, jak młodzież posyła emilki do kolegi za pośrednictwem laptoka czy innego kompa. Albo czatuje w sieci, żeby talkać na necie. Damy radę! Bez względu na urzędowe rozporządzenia i troski (chwalebne) językoznawców.

 

 

Partnerzy