Kochani!
Przepraszam wszystkich, że tak późno, ale wiadomo – czas tu leci inaczej. Chociaż, kiedy sobie próbuję wyobrazić, jak długo tu jestem, to wydaje mi się, że całe miesiące. No cóż, wydarzyło się dużo:) Mam nadzieję, że niebawem znajdę dogodniejsze niż kafejki internetowe miejsce komunikacji ze światem. Internet tu ślamazarny bardzo, ale za to można z papieroskiem:)
Jak wszyscy wiecie, miałam niewielkie pojęcie o tym, co mnie tu czeka. Zatem od samego dnia przylotu w dość naturalny sposób polegałam tu na pomocy osób dopiero co poznanych.
Pierwsza była Cathi – Kanadyjka ucząca w Sanie angielskiego. Leciałyśmy razem z Frankfurtu i jako że siedziałyśmy blisko siebie, pogadałyśmy trochę jeszcze w samolocie. Wymieniłyśmy się numerami telefonów, żeby dać sobie później okazję do pogadania – obie przecież zostajemy w Sanie na długie miesiące:)
Lotnisko w Sanie wygląda jak skrzyżowanie dworca w Poznaniu z przejściem granicznym w Cieszynie, ale pracownicy szalenie mili. W sumie gładko poszło mi kupienie wizy, jak im nawkręcałam, że ambasada jemeńska w Polsce jest zamknięta. Wic jednak polega na tym, że to nieprawda:) Bo to tylko naszą w Jemenie zamknięto. Ale jak się okazało, wizę dostałam na dłużej i za mniejsze pieniądze, niż gdybym kupowała ją w Warszawie. Cóż, zgłębianie prawa międzynarodowego dopiero przede mną.
Wsiadłyśmy z Cathi do taksówki i tam ją olśniło, że w sumie to ma wolne łóżko i po co mam się tułać tej nocy po hotelach, jak mogę się przespać u niej. Cóż, za samo wtajemniczenie mnie w zasady komunikacji miejskiej w Sanie należy się jej dozgonna wdzięczność:) Tym bardziej że miała to być noc, a był niemal cały bity tydzień. Miałam wtedy czas na rozkminianie Sany w tempie niekoniecznie zawrotnym.
Co prawda, gadałam wtedy głównie po angielsku, ale dziewczyny zaserwowały mi solidną porcję jemeńskich „do’s & dont’s”, co okazało się gigantyczną pomocą. Chociaż i tak podczas mojego pierwszego samotnego spaceru po mieście wywoływałam na ulicach sensację :) A jak już poprosiłam po arabsku o wodę mineralną w jakimś kramiku, to ludzie przecierali oczy ze zdumienia!
Jako że czwartek i piątek były dniami świątecznymi (święto końca Ramadanu), na uczelnię poszłam dopiero w sobotę. Uch, sama się nie spodziewałam, że będzie łatwo, ale że aż tak – nie oczekiwałabym przenigdy. Nikt nic nie wie, patrzą na mnie jak na idiotkę, każdy mówi co innego. Momentami miałam wątpliwości, czy ludzie, z którymi rozmawiałam, mają obie półkule… Nowy Uniwersytet Sanański mieści się w obrębie czegoś na kształt kampusu, olbrzymia powierzchnia, zatem nabiegałam się co niemiara. Z Wydziału Języków do Biura Spraw Studenckich i z powrotem. W każdym pokoju mnóstwo ludzi,którzy wyglądali jak biedni petenci. W końcu po którejś tam bieganinie, udało mi się zdobyć dwa nazwiska osób, do których się powinnam zwrócić. A to już było naprawdę coś. No i jedno z tych nazwisk, wicedziekan Wydziału Języków, okazało się tym, czego naprawdę potrzebowałam. Po niemal czterech godzinach lataniny wreszcie spotkałam kogoś, kto mi przekazał konkret i podzielił się informacjami koniecznymi do rozpoczęcia nauki. A jeszcze kwadrans niepewności i chyba bym się tam wysadziła:)
Następnego dnia miałam się spotkać z szefową instytutu Języka Arabskiego, lecz zanim to nastąpiło, poznałam Bognę, stypendystkę z Krakowa. Ale w tym miejscu już trzeba wybitnego poety do opisania ulgi, jaką zobaczyłyśmy nawzajem w swoich oczach :) Od tamtej pory walczymy z sanańską rzeczywistością razem. W każdym razie udałyśmy się do owej szefowej, a ta również zarzuciła konkretem, więc o mało nie umarłyśmy ze szczęścia. Mimo że ten konkret okazał sie trudny do przełknięcia. Bo to, co nas tutaj czeka, to nie planowany kurs arabskiego, ale arabistyka. Dla Arabów. Hmmm, będzie ciężko:) I wesoło! Jedyne, co smutnego usłyszałyśmy u pani szefowej to, że powinnyśmy się zgłosić do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, bo strona polska jakoś dziwnie się wywiązywała ze swoich zobowiązań finansowych. Pokręcone to-to. Niemniej nazajutrz tam pojechałyśmy. Istne wariactwo. Tabuny ludzi, ale jakoś udało się nam (zaraz napiszę z czyją pomocą) wszystko załatwić. Ja się tylko zastanawiam, jak ten kraj funkcjonuje:) Ani studenci, ani ludzie w ministerstwie nie wyglądali na mniej zagubionych niż my. Poza tym to dziwne, że jak się pojawia problem, słyszysz – „Idź do ministra”. No, ale co by nie mówić, w tym szaleństwie jest metoda – wiceminister nam pomógł!
Oczywiście, nie byłyśmy w ministerstwie same. Nie tyle, że języka by nam nie starczyło, ale generalnie (mimo polskich realiów) mamy inne podejście do zmagań z biurokracją. Byli z nami nasi nowi sanańscy kumple – Ahmad, Bilal, Hiszam i Abdullah. Chłopaki spisały się na medal. A skąd oni się wzięli? Cóż, następne świeże znajomości, bez których ani rusz. Otóż Bogna poznała Ahmada w samolocie (lecieli przez Stambuł), a ten zaofiarował jej swą pomoc. Dla niego to nie pierwszyzna, bowiem w zeszłym roku zaopiekował się naszą koleżanką z poznańskiej arabistyki. Świat jest mały. Ale mało tego – Bogna poznała w samolocie Anyę, z którą mieszkałam:) Fajne to. A reszta chłopaków to kumple Ahmada.
Zatem role przewodników po nowej rzeczywistości przejęli nasi nowi koledzy. No i melanżujemy trochę, spędzając wieczory w „pubach”. Bibka przy mineralce to zupełnie nowe doświadczenie:) Za to odpowiednikiem alkoholu jako umilacza czasu jest tu szisza. Fajne smaki mają, ale mimo to nadal nie jestem zakochana w fajce wodnej. Koledzy też nam bardzo pomogli w znalezieniu mieszkania, zatem wijemy sobie z Bogną gniazdko. Staramy się też jakoś tam wpasować w nowe realia. Zakupiłyśmy piękne abaje. Co prawda wyglądają jak księże szaty, ale nieco ułatwiają funkcjonowanie. Nie ma już tych wlepiających się oczu, ale nadal „ulica” nas wyłapuje. Ja się nadal czuję jak kosmitka, ale może już przynajmniej nie taka z czułkami:)
Pozwiedzałyśmy trochę miasto. Byłyśmy w Starej Sanie. Piorunujące wrażenie. Domki wyglądają jak zbudowane z klocków. Są tak uroczo koślawe, ale stoją tam od niemal tysiąca lat. Uliczki idealne do pobłądzenia. Jedno z fajniejszych doświadczeń przytrafiło się, jak wezwała nas potrzeba. Jako że nie ma tam toalet, poszłyśmy do hotelu Burdz as-Salam. Jak wychodziłyśmy, recepcjonista zaprosił nas do pooglądania widoków Sany z dachu hotelu, gdzie jest śliczna kawiarenka. Wyobraźcie sobie średniowieczną budowlę, która ma bodaj 9 pięter. A widoki… cudowne.
A jeśli idzie o Nowe Miasto, trochę kłopotu sprawia nam zapamiętywanie ulic, bo wszystkie są bardzo podobne. Tym bardziej że tylko te większe mają nazwy. Większość natomiast ma tylko numery. Jest brudno (bez psich kup!), lecz znośnie. Sana się rozbudowuje i bogaci, to widać. Wiele zakątków to place budowy. Natomiast drogi… Miłe to zaskoczenie, jezdnie są w doskonałym stanie. Ale skoro już o jezdniach mowa, należy wspomnieć o ruchu ulicznym. Tu nie ma żadnej zasady. Nie wiem, jak to się odbywa, ale każdy jeździ jak chce. czasami policjanci zawiadują ruchem, ale na ogół mam wrażenie, że zasady ruchu ulicznego wytycza tu intuicja. Żadnych migaczy, żadnego ograniczania prędkości, żadnej zasady prawej ręki, tylko klakson. i wiecie co? Nie widziałam tu żadnego wypadku. Drogi szerokie, więc pozwalają na różne takie cuda. A może to fakt, że na każdym niemal samochodzie jest pięknie wykaligrafowane Allah, Muhammad, Ma sza’ Allah albo coś innego związanego z religią.
W sobotę zaczęłyśmy zajęcia. Nie powiem, żeby z kopyta, ale jakoś tam idzie. Tylko mamy problem z koleżankami z roku. Jak na ulicy, tak i na sali wykładowej, większość kobiet jest tak dokładnie pozakrywanych, że odsłonięte mają jedynie oczy. Nie mam pojęcia, ile czasu nam zajmie nauczenie się ich imion, ale dziwne to, kiedy mówię „cześć, Amal”, poznawszy ją jedynie po torebce:) Albo na przykład, szefowa instytutu. Dobrze, że ma charakterystyczny głos, bo inaczej nie wiem, co by było… cóż, trzeba uruchamiać inne zmysły w kontakcie z drugim człowiekiem:)
No i na koniec jedzenie… Boskie:) Co prawda większość potraw ma w sobie mnóstwo mięsa (jak narodowa salta), ale są też pewne rzeczy dla wegetarian, więc nie narzekam. Ogólnie, chyba nie mogę już żyć bez tutejszego chlebka ani oliwek, bakłażanów i słodyczy:)
Kończę już, proszę się spodziewać następnych odcinków opowieści.
Całuję mocno,
Beściak Yeah Man!
Magda Beściak – rodowita jaworznianka. Studiowała kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim, następnie w Poznaniu podjęła drugi kierunek – arabistykę. Obecnie przebywa w Jemenie na ośmiomiesięcznym stypendium.
Przepraszam wszystkich, że tak późno, ale wiadomo – czas tu leci inaczej. Chociaż, kiedy sobie próbuję wyobrazić, jak długo tu jestem, to wydaje mi się, że całe miesiące. No cóż, wydarzyło się dużo:) Mam nadzieję, że niebawem znajdę dogodniejsze niż kafejki internetowe miejsce komunikacji ze światem. Internet tu ślamazarny bardzo, ale za to można z papieroskiem:)
Jak wszyscy wiecie, miałam niewielkie pojęcie o tym, co mnie tu czeka. Zatem od samego dnia przylotu w dość naturalny sposób polegałam tu na pomocy osób dopiero co poznanych.
Pierwsza była Cathi – Kanadyjka ucząca w Sanie angielskiego. Leciałyśmy razem z Frankfurtu i jako że siedziałyśmy blisko siebie, pogadałyśmy trochę jeszcze w samolocie. Wymieniłyśmy się numerami telefonów, żeby dać sobie później okazję do pogadania – obie przecież zostajemy w Sanie na długie miesiące:)
Lotnisko w Sanie wygląda jak skrzyżowanie dworca w Poznaniu z przejściem granicznym w Cieszynie, ale pracownicy szalenie mili. W sumie gładko poszło mi kupienie wizy, jak im nawkręcałam, że ambasada jemeńska w Polsce jest zamknięta. Wic jednak polega na tym, że to nieprawda:) Bo to tylko naszą w Jemenie zamknięto. Ale jak się okazało, wizę dostałam na dłużej i za mniejsze pieniądze, niż gdybym kupowała ją w Warszawie. Cóż, zgłębianie prawa międzynarodowego dopiero przede mną.
Wsiadłyśmy z Cathi do taksówki i tam ją olśniło, że w sumie to ma wolne łóżko i po co mam się tułać tej nocy po hotelach, jak mogę się przespać u niej. Cóż, za samo wtajemniczenie mnie w zasady komunikacji miejskiej w Sanie należy się jej dozgonna wdzięczność:) Tym bardziej że miała to być noc, a był niemal cały bity tydzień. Miałam wtedy czas na rozkminianie Sany w tempie niekoniecznie zawrotnym.
Co prawda, gadałam wtedy głównie po angielsku, ale dziewczyny zaserwowały mi solidną porcję jemeńskich „do’s & dont’s”, co okazało się gigantyczną pomocą. Chociaż i tak podczas mojego pierwszego samotnego spaceru po mieście wywoływałam na ulicach sensację :) A jak już poprosiłam po arabsku o wodę mineralną w jakimś kramiku, to ludzie przecierali oczy ze zdumienia!
Jako że czwartek i piątek były dniami świątecznymi (święto końca Ramadanu), na uczelnię poszłam dopiero w sobotę. Uch, sama się nie spodziewałam, że będzie łatwo, ale że aż tak – nie oczekiwałabym przenigdy. Nikt nic nie wie, patrzą na mnie jak na idiotkę, każdy mówi co innego. Momentami miałam wątpliwości, czy ludzie, z którymi rozmawiałam, mają obie półkule… Nowy Uniwersytet Sanański mieści się w obrębie czegoś na kształt kampusu, olbrzymia powierzchnia, zatem nabiegałam się co niemiara. Z Wydziału Języków do Biura Spraw Studenckich i z powrotem. W każdym pokoju mnóstwo ludzi,którzy wyglądali jak biedni petenci. W końcu po którejś tam bieganinie, udało mi się zdobyć dwa nazwiska osób, do których się powinnam zwrócić. A to już było naprawdę coś. No i jedno z tych nazwisk, wicedziekan Wydziału Języków, okazało się tym, czego naprawdę potrzebowałam. Po niemal czterech godzinach lataniny wreszcie spotkałam kogoś, kto mi przekazał konkret i podzielił się informacjami koniecznymi do rozpoczęcia nauki. A jeszcze kwadrans niepewności i chyba bym się tam wysadziła:)
Następnego dnia miałam się spotkać z szefową instytutu Języka Arabskiego, lecz zanim to nastąpiło, poznałam Bognę, stypendystkę z Krakowa. Ale w tym miejscu już trzeba wybitnego poety do opisania ulgi, jaką zobaczyłyśmy nawzajem w swoich oczach :) Od tamtej pory walczymy z sanańską rzeczywistością razem. W każdym razie udałyśmy się do owej szefowej, a ta również zarzuciła konkretem, więc o mało nie umarłyśmy ze szczęścia. Mimo że ten konkret okazał sie trudny do przełknięcia. Bo to, co nas tutaj czeka, to nie planowany kurs arabskiego, ale arabistyka. Dla Arabów. Hmmm, będzie ciężko:) I wesoło! Jedyne, co smutnego usłyszałyśmy u pani szefowej to, że powinnyśmy się zgłosić do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, bo strona polska jakoś dziwnie się wywiązywała ze swoich zobowiązań finansowych. Pokręcone to-to. Niemniej nazajutrz tam pojechałyśmy. Istne wariactwo. Tabuny ludzi, ale jakoś udało się nam (zaraz napiszę z czyją pomocą) wszystko załatwić. Ja się tylko zastanawiam, jak ten kraj funkcjonuje:) Ani studenci, ani ludzie w ministerstwie nie wyglądali na mniej zagubionych niż my. Poza tym to dziwne, że jak się pojawia problem, słyszysz – „Idź do ministra”. No, ale co by nie mówić, w tym szaleństwie jest metoda – wiceminister nam pomógł!
Oczywiście, nie byłyśmy w ministerstwie same. Nie tyle, że języka by nam nie starczyło, ale generalnie (mimo polskich realiów) mamy inne podejście do zmagań z biurokracją. Byli z nami nasi nowi sanańscy kumple – Ahmad, Bilal, Hiszam i Abdullah. Chłopaki spisały się na medal. A skąd oni się wzięli? Cóż, następne świeże znajomości, bez których ani rusz. Otóż Bogna poznała Ahmada w samolocie (lecieli przez Stambuł), a ten zaofiarował jej swą pomoc. Dla niego to nie pierwszyzna, bowiem w zeszłym roku zaopiekował się naszą koleżanką z poznańskiej arabistyki. Świat jest mały. Ale mało tego – Bogna poznała w samolocie Anyę, z którą mieszkałam:) Fajne to. A reszta chłopaków to kumple Ahmada.
Zatem role przewodników po nowej rzeczywistości przejęli nasi nowi koledzy. No i melanżujemy trochę, spędzając wieczory w „pubach”. Bibka przy mineralce to zupełnie nowe doświadczenie:) Za to odpowiednikiem alkoholu jako umilacza czasu jest tu szisza. Fajne smaki mają, ale mimo to nadal nie jestem zakochana w fajce wodnej. Koledzy też nam bardzo pomogli w znalezieniu mieszkania, zatem wijemy sobie z Bogną gniazdko. Staramy się też jakoś tam wpasować w nowe realia. Zakupiłyśmy piękne abaje. Co prawda wyglądają jak księże szaty, ale nieco ułatwiają funkcjonowanie. Nie ma już tych wlepiających się oczu, ale nadal „ulica” nas wyłapuje. Ja się nadal czuję jak kosmitka, ale może już przynajmniej nie taka z czułkami:)
Pozwiedzałyśmy trochę miasto. Byłyśmy w Starej Sanie. Piorunujące wrażenie. Domki wyglądają jak zbudowane z klocków. Są tak uroczo koślawe, ale stoją tam od niemal tysiąca lat. Uliczki idealne do pobłądzenia. Jedno z fajniejszych doświadczeń przytrafiło się, jak wezwała nas potrzeba. Jako że nie ma tam toalet, poszłyśmy do hotelu Burdz as-Salam. Jak wychodziłyśmy, recepcjonista zaprosił nas do pooglądania widoków Sany z dachu hotelu, gdzie jest śliczna kawiarenka. Wyobraźcie sobie średniowieczną budowlę, która ma bodaj 9 pięter. A widoki… cudowne.
A jeśli idzie o Nowe Miasto, trochę kłopotu sprawia nam zapamiętywanie ulic, bo wszystkie są bardzo podobne. Tym bardziej że tylko te większe mają nazwy. Większość natomiast ma tylko numery. Jest brudno (bez psich kup!), lecz znośnie. Sana się rozbudowuje i bogaci, to widać. Wiele zakątków to place budowy. Natomiast drogi… Miłe to zaskoczenie, jezdnie są w doskonałym stanie. Ale skoro już o jezdniach mowa, należy wspomnieć o ruchu ulicznym. Tu nie ma żadnej zasady. Nie wiem, jak to się odbywa, ale każdy jeździ jak chce. czasami policjanci zawiadują ruchem, ale na ogół mam wrażenie, że zasady ruchu ulicznego wytycza tu intuicja. Żadnych migaczy, żadnego ograniczania prędkości, żadnej zasady prawej ręki, tylko klakson. i wiecie co? Nie widziałam tu żadnego wypadku. Drogi szerokie, więc pozwalają na różne takie cuda. A może to fakt, że na każdym niemal samochodzie jest pięknie wykaligrafowane Allah, Muhammad, Ma sza’ Allah albo coś innego związanego z religią.
W sobotę zaczęłyśmy zajęcia. Nie powiem, żeby z kopyta, ale jakoś tam idzie. Tylko mamy problem z koleżankami z roku. Jak na ulicy, tak i na sali wykładowej, większość kobiet jest tak dokładnie pozakrywanych, że odsłonięte mają jedynie oczy. Nie mam pojęcia, ile czasu nam zajmie nauczenie się ich imion, ale dziwne to, kiedy mówię „cześć, Amal”, poznawszy ją jedynie po torebce:) Albo na przykład, szefowa instytutu. Dobrze, że ma charakterystyczny głos, bo inaczej nie wiem, co by było… cóż, trzeba uruchamiać inne zmysły w kontakcie z drugim człowiekiem:)
No i na koniec jedzenie… Boskie:) Co prawda większość potraw ma w sobie mnóstwo mięsa (jak narodowa salta), ale są też pewne rzeczy dla wegetarian, więc nie narzekam. Ogólnie, chyba nie mogę już żyć bez tutejszego chlebka ani oliwek, bakłażanów i słodyczy:)
Kończę już, proszę się spodziewać następnych odcinków opowieści.
Całuję mocno,
Beściak Yeah Man!
Magda Beściak – rodowita jaworznianka. Studiowała kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim, następnie w Poznaniu podjęła drugi kierunek – arabistykę. Obecnie przebywa w Jemenie na ośmiomiesięcznym stypendium.

