Jesteśmy tymi ostatnimi. Pytaj nas.
Jesteśmy tymi właściwymi.
Hans Sahl
Tematem artykułu są trzy relacje z doświadczenia Zagłady w Będzinie, nazywanym nie bez podstaw „Jerozolimą Zagłębia”. To właśnie w tym mieście (za sprawą Zagłębiowskiego Centrum Kultury Żydowskiej „Jona”) ukazały się (nakładem małej będzińskiej oficyny wydawniczej „Magic sc.”) wspomnienia Ariela Yahalomiego (Artura Dimanta) i Eugenii Prawer, a także pamiętnik Rutki Laskier.
Wspomnienia Yahalomiego ukazały się w symbolicznym nakładzie (nieprzekraczającym stu egzemplarzy) i... właściwie przeszły bez echa. Autor przyjechał na będzińskie Dni Kultury Żydowskiej rok później. Yahalomi urodził się w 1923 roku w Zawierciu jako Artur Dimant. Jego rodzicami byli Sala Federman i Leon Dimant – zagłębiowski aktor i muzyk, założyciel grupy „The Dimant’s Jazz Band”. W latach 30. XX wieku Dimantowie mieszkali w Sosnowcu, gdzie Ariel ukończył cenione żydowskie gimnazjum im. Libermana. Rodzice Dimanta zostali zgładzeni w Auschwitz. Jemu samemu dane było przeżyć. Nim jednak w 1945 roku udało mu się wyjechać do Belgii – na szlaku jego cierpień znalazły się: zawierciańskie getto, Auschwitz, Birkenau, Gross Rosen, Buchenwald, Nordhausen i Bergen-Belsen. Dysproporcja pomiędzy światem zapamiętanym z dzieciństwa, traumą Szoa i nową rzeczywistością była tak wielka, że musiało upłynąć sześćdziesiąt lat, zanim Yahalomi znalazł siłę, aby oswoić i nazwać swoje traumatyczne przeżycia.
W tym samym (2006) roku „Dziennik Zachodni” opublikował niezwykły dokument – Pamiętnik Rutki Laskier. Rutka Laskier przyszła na świat w 1929 roku jako córka Jakuba i Dwojry z Hampelów. Rodzina Laskierów zamieszkiwała w bogatej żydowskiej części Będzina. Po wkroczeniu Niemców została zmuszona do przeprowadzki do getta. To właśnie wtedy – na początku roku 1943 – czternastoletnia Rutka zaczęła prowadzić swój pamiętnik. Zapiski urywają się w sierpniu tego samego roku, bowiem rodzinie Laskierów nie udało się już uniknąć wywózki. Trafili do Birkenau. Na kilka dni przed tymi wypadkami Rutka ukryła rękopis Pamiętnika u swojej koleżanki – Stanisławy Sapińskiej. Z całej rodziny Laskierów uratował się tylko ojciec, który jako były bankier otrzymał w obozie zadanie podrabiania amerykańskich i brytyjskich pieniędzy (A. Szydłowski, Od Rutki do Ruth. W: R. Laskier, Pamiętnik). Obozowy los autorki pamiętnika przed długie lata nie był znany. Dopiero w 2008 roku przypadkiem odkryto w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie relację byłej więźniarki KL Auschwitz-Birkenau – Zofii Minc: obok mnie w bloku sypiała moja koleżanka, 17-letnia Rutka Laskier z Będzina. Była tak śliczna, że nawet doktor Mengele zwrócił na nią uwagę (...). Rutka zachorowała na cholerę i w ciągu kilku dni zmieniła się nie do poznania. Został z niej tylko marny ślad. Sama ją zawiozłam na taczce od śmieci do krematorium... (A. Szydłowski, Epilog. W: R. Laskier, Pamiętnik). Choć Rutka Laskier nie uniknęła zagłady, jej pamiętnik ocalał. W 2006 roku Stanisława Sapińska przekazała go Urzędowi Miejskiemu w Będzinie. W tym samym roku ukazało się pierwsze wydanie tego dokumentu, które wzbudziło duże zainteresowanie lokalnych mediów. Rok później oryginał pamiętnika trafił do archiwum Instytutu Yad Vashem, który zainicjował hebrajskie i angielskie wydanie książki. Instytut dostrzegł w tych niepozornych zapiskach nie tylko ważny dokument historyczny, ale i wstrząsający utwór literacki. Każdy pamiętnik z czasów wojny jest niezwykle cennym dokumentem. Pamiętniki dzieci wywołują szczególne emocje [...]. Dziennik Rutki to kolejny dowód na to, że historia żyje – mówił rzecznik ambasady Polski w Izraelu – Michał Sobelman (M. Nowacka, Historia „Pamiętnika”. W: R. Laskier…). Na fali międzynarodowego zainteresowania książką udało się też przygotować w Polsce drugie (2007) i trzecie (2008) wydanie Pamiętnika.

Po sukcesie medialnym Pamiętnika Rutki przyszła kolej na trzecią pozycję dokumentującą żydowskie dziedzictwo kulturowe i Zagładę w Będzinie. Spotkania klasowe Eugenii Prawer wydano w symbolicznym nakładzie i niezwykle skromnie (w sensie typograficznym). Tym bardziej jednak warto poświęcić nieco uwagi tej pozycji.
Eugenia Prawer urodziła się w Będzinie w roku 1925. Jej przodkowie mieszkali w Będzinie od pokoleń. Podobnie jak rodziny Dimantów i Laskierów, wywodzili się z inteligencji żydowskiej. Eugenia uczyła się w tym samym, co Rutka Laskier, znanym będzińskim Gimnazjum im. Szymonostwa Fürstenbergów. Po likwidacji getta (1943) udało jej się wraz z matką wyjechać do pracy fizycznej w gospodarstwie rolnym na terenie Rzeszy. Dzięki temu ocalała z zagłady. W roku 1945 poślubiła Polaka – Mariana Pińskiego. Oboje wraz z mężem pracowali w Akademii Medycznej w Szczecinie, jednak wydarzenia marca 1968 roku zmusiły ich do emigracji. Osiedli w Niemczech, gdzie kontynuowali pracę lekarską i pedagogiczną.
Ważnym elementem wspomnień Dimanta i Prawer jest przestrzeń zagłębiowskiego miasteczka, toteż aby zrozumieć fenomen tego pogranicznego sztetla – warto zatrzymać się na dłużej przy tym zagadnieniu. Historia zagłębiowskich Żydów sięga XV wieku, jednak to dopiero rozwój przemysłu w XIX wieku okazał się zasadniczym czynnikiem wpływającym na wzrost ich liczby w Będzinie (W. Jaworski, Żydzi w Zagłębiu Dąbrowskim do 1939 roku, „Zeszyty Zagłębiowskie”, 1989, nr 2). Miasto położone było w pasie przygranicznym, nieopodal Trójkąta Trzech Cesarzy (Dreikaiserecke) stanowiącego granicę trzech zaborów i jednocześnie trzech mocarstw. Będzin i pobliskie wsie (Sosnowice, Modrzejów), należące do Królestwa Kongresowego, leżały tuż przy granicy Cesarstwa Niemieckiego i państwa austriackiego (Galicji, do której należało Jaworzno). Będzin to był najbardziej na Śląsk wysunięty obszar zaboru rosyjskiego (...). Był ważnym ośrodkiem handlu, a region będziński obfitował w bogactwa naturalne. Wydobywano i przerabiano tu na skalę przemysłową węgiel, cynk i ołów - wspomina Arno Lustiger – kuzyn honorowego obywatela miasta Będzina – kardynała Jeana-Marie Lustigera (B. Kerski, J. Vincenz, Świadek i historyk. Rozmowy z Arno Lustigerem). Sięgający 50% udział ludności wyznania mojżeszowego w Będzinie, jak również dobra sytuacja ekonomiczna tej gminy żydowskiej (wielu tutejszych Żydów było dobrze sytuowanych dzięki prosperującemu przemysłowi, co przekładało się na ich pozycję społeczną w mieście) miały wpływ na powstanie swoistego mitu „Zagłębia mlekiem i miodem płynącego” i miasta Będzina postrzeganego jako „Jerozolima Zagłębia”. Ów będziński mit podtrzymywali także artyści. Julian Tuwim wspominał o tym mieście w tekście piosenki: „Miasteczko Będzin w Polsce jest. I rynek w tej mieścinie. Na rynku znany łobuz był, Jankielek Wasersztajn...” (Żydzi w Zagłębiu Dąbrowskim i okolicy, pod red. B. Ciepieli, Będzin 2004).
Ludność żydowska w pierwszych latach okupacji niemieckiej korzystała ze względnej swobody przemieszczania się. Będzin (Bendsburg) został włączony do Rzeszy wraz z obszarem tzw. Wschodniego Górnego Śląska (Ost-Oberschlesien) i terror okupanta był tutaj nieco lżejszy, niż np. w Generalnym Gubernatorstwie. Wydano wprawdzie szereg antyżydowskich rozporządzeń, ale większość Żydów, pracując w przedsiębiorstwach produkcyjnych (zwanych tutaj „szopami”), które wytwarzały odzież i inne produkty dla Wehrmachtu, przemieszczała się po mieście bez trudu. Praca dawała iluzję bycia potrzebnym i odwlekała niebezpieczeństwo deportacji do obozu zagłady. Pierwsze getto – jeszcze nie odgrodzone murem – utworzono w Będzinie z końcem roku 1941. Wysiedlenie do ścisłego getta (w dzielnicy Kamionka) trwało od jesieni 1942 r. do wiosny 1943 roku. Na małą przestrzeń kilkunastu uliczek spędzono wówczas ponad 18 000 Żydów. Endlösung rozpoczęto pierwszego sierpnia 1943 roku.
Wyjątkowa jest warstwa językowa omawianych tutaj książek. Rutka Laskier spisywała swoją relację w zwykłym, szkolnym zeszycie, używając pięknej polszczyzny, właściwej panience z dobrego domu. Jej Pamiętnik zdradza wrażliwość społeczną, dobre wychowanie, a może nawet i talent literacki młodej, zaledwie czternastoletniej przecież, autorki. Eugenia Prawer w Spotkaniach klasowych powraca do przeszłości z sześćdziesięcioletnim dystansem czasowym. Język jej wspomnień pełen jest ciętych, dosadnych metafor i naznaczonych Holokaustem puent: „[…] pasja kina przeniosła się z kina na teren szkoły. Zbierałyśmy namiętnie fotki gwiazd filmu [...]. Fotografie Grety Garbo we wszystkich możliwych strojach i scenach filmowych wymieniałyśmy na pauzach. Mój Boże, boska Greta dożyła późnej starości i nie wie, że po jej licznych młodocianych wielbicielkach pozostały tylko prochy na polach Birkenau” (E. Prawer, Spotkania klasowe, Będzin 2007). I dalej: „Alę spotkałam po raz ostatni w getcie, na krótko przed ostatnim etapem. Była zupełnie zdesperowana. Z rzeczowym rozeznaniem sytuacji, wskazując na swą porażoną rękę, oświadczyła mi, że nastawia się psychicznie na śmierć. W świecie Nibelungów nie ma miejsca dla ułomnych. Zwycięska, po zęby uzbrojona maszyneria ideologiczno-wojskowa [...] zmiotła z powierzchni ziemi Alę z zaczarowanego ogrodu, jej brata, maturzystę naszego gimnazjum i ich rodziców”.
Narrację Ariela Yahalomiego spowija niekiedy mgła oniryzmu: „[…] ocknąłem się i nie wiedziałem, czy to jeszcze sen, czy nieokreślony stan pół jawy i pół snu [...]. Ocknąłem się. Po pierwsze nie wiedziałem, co i jak. Wiedziałem, gdzie jestem, czułem ten okropny smród bloku, fetor trupów na dworze, słyszałem jęki ludzi, krzyki tych, którzy mieli halucynacje i senne koszmary...” (A. Yahalomi, Przeżyłem…, Będzin 2006). Ów stan „pół jawy i pół snu” można odnaleźć także u Eugenii Prawer: „[…] drodzy przyjaciele przychodzą jedynie w nostalgicznych snach. Najczęściej błądzę po ulicach Będzina, w nieznanych kamienicach, po ciemnych schodach, szukam... [...]. I tylko te męczące sny, popiół rozsypany po polach, odjeżdżające pociągi i dymy z kominów, stanowią rekwizyty moich spotkań klasowych...” (E. Prawer, s. 41). Zdecydowanie przeważa jednak sucha narracja, zdawałoby się – pozbawiona emocji. Artur Dimant we wstępie do wspomnień pisze o sobie: „[…] nie byłem gotów na psychiczny powrót do tych okropnych czasów. Chciałem zapomnieć, dlatego zbudowałem swoistą barierę ochronną, odgrodziłem się od przeszłości, by móc prowadzić ‘normalne życie’ [...].Pozbyłem się jej całkowicie w momencie, w którym zdecydowałem, że moje dzisiejsze JA, i ten, który przeżył, to ta sama osoba” (A. Yahalomi, s. 3).
Wspomniane narracje cechuje swoista umiejętność interpretacji rzeczywistości społecznej. Rysują się nam tutaj dwa sposoby użycia przez wspomnianych autorów kategorii mitu. Jednym jest mit społeczny - mit „Jerozolimy Zagłębia”, drugim zaś jednostkowy, wiodący nas na obszary psychologii – mit przestrzeni zapamiętanej oczami dzieci. Dokonując zabiegu stylizacji mitycznej autorzy wspomnień włączają je w obręb swoistej tradycji literackiej, u której podstaw znajdują się z jednej strony dzieła klasyków: Szaloma Asza, Szołema Alejchema, z drugiej zaś – pisarzy starających się oswoić w literackich ramach doświadczenie Zagłady: Adolfa Rudnickiego, Henryka Grynberga, Hanny Krall czy Idy Fink.
Pewna antropolożka literatury zwraca uwagę, że: „[...] mit pojawia się wówczas, gdy jakieś prawidło [...] wymaga usprawiedliwienia, potwierdzenia swej odwieczności, realności, świętości” (A. Lubaszewska, Mit – ethos – konstrukcja, Wrocław 1984, s. 19). Tu pojawia się kłopot ze wspomnieniowymi narracjami, które „chcą” nas odsyłać do przedwojennego dzieciństwa (sacrum), a jednocześnie „muszą” puentować ten arkadyjski porządek (jak czyni to choćby Eugenia Prawer) doświadczeniem Zagłady. Mitologia ta jest zasadniczym składnikiem i zdaje się koniecznym warunkiem konstruującym literacką kategorię pamięci. Jest esencją procesu pamięciowego. „Mit [bowiem] ustanawia świat [przeżyć dziecka] jako coś rzeczywistego. De facto (na co zwracają uwagę badacze) mit nie podlega definiowalności” (Roland Barthes, Mit i znak, Warszawa 1970, passim). Jego ciężar gatunkowy we wspomnieniach Yahalomiego i Prawer przejawia się w nostalgicznym przywracaniu wizerunku przedwojennego Będzina, ale też i w odkrywaniu, uświadamianiu sobie czegoś, co istniało w pewnym sensie „przed” ich tekstem literackim. Mit w literaturze przemawia do uczuć jej adresata. Jest to świat tworzony przez emocje (podmiotu literackiego) dla emocji (konkretyzującego w sobie dzieło literackie potencjalnego czytelnika). Levi-Strauss radził, by „określać każdy mit przez zbiór wszystkich jego wersji” (J. Speina, Typy świata przedstawionego w literaturze, Toruń 1993, s. 15.) i zwracał uwagę, że „to mit nas wybiera a nie my mit” (E. Kuźma, Kategoria mitu w badaniach literackich, „Pamiętnik Literacki”, 1986, z. 4, s. 56.). Wydaje się, iż to spostrzeżenie jest bardzo prawdziwe w przypadku wspomnień związanych z przestrzenią pogranicza kulturowego.
W życiorysy będzińskich Żydów ocalałych z Zagłady (Artura Dimanta, Eugenii Prawer, Arno Lustigera…) została wpisana perspektywa utraty kraju lat dziecinnych i poczucie emigracyjnej cudzości na obcej ziemi. Tak pisze o tym Maria Janion: „[...] poczucie cudzości, wydarcia z własnego i przynależnego miejsca, można pokonać jedynie wracając do wewnątrz, umieszczając się znów w samym środku zamierzchłej dawności i identyfikując się z nią” (Cyt. za: J. Kolbuszewski, Legenda Kresów w literaturze XIX wieku, „Odra” 1982, nr 12, s. 45.).
„Żeby raz się to skończyło, ta męka, to piekło [...]. Muszę nie myśleć o tym i zaczynam pisać o prywatach... (R. Laskier, s. 76-77)”.
Odczytywanie sensów świata wspomnień przez optykę emocji autorów wprowadza nas w psychologiczne mechanizmy rządzące procesem twórczym. Hilsbecher zauważył, że „pisanie jako próba uzdrowienia jest przede wszystkim autoterapią” (W. Hilsbecher, Pisanie jako terapia. W: Tragizm, absurd, paradoks, Warszawa 1972, s. 168.). Dlatego tak istotne jest zagadnienie mityczności w tych wspomnieniach, gdyż dzięki cechom abstraktu (jakie nosi w sobie mit) służy on terapii. Autobiograficzne powroty Yahalomiego i Eugenii Prawer przenoszą ich samych (i czytelników) w świat dzieciństwa autorów. Ocalali - przyglądając się samym sobie - budują w warstwie fikcji literackiej siebie drugiego. Wspominają (w momencie tworzenia) siebie z przeszłości, którego w procesie pisania (w teraźniejszości) już nie ma. Są oni właściwie pisarzami tej samej książki. Wydobywają („wyrywają”) ze swojej przeszłości obrazy zapamiętane oczami dziecka i w twórczym procesie je porządkują. Ważnym (i zarazem trudnym) procesem jest zabieg porządkowania, i hierarchizowania pamięci. Ów trud zapamiętywania jest dla nich sensem życia. Pogodzenie wspomnień w „samym sobie” i dla samego siebie to priorytet Yahalomiego. Forma wspomnień schodzi na plan dalszy.
Literacka kategoria pamięci rozciąga się w omawianych wspomnieniach na sferę socjologiczną i psychologiczną. Pierwsza ogniskuje problematykę badawczą wokół pamięci zbiorowej, druga – jednostkowej. Kategoria ta stała się czołowym pojęciem dzisiejszej historii kultury (K. Lee Klein, O pojawieniu się pamięci w dyskursie historycznym, „Konteksty” 2003, nr 3-4, s. 43.). Klein definiuje pamięć jako: „zmysł pozwalający zapamiętywać rzeczy i zdarzenia, umiejętność zachowywania, przechowywania lub przywoływania obrazów myślowych przeszłych zdarzeń”. Niewątpliwie „obraz” jest określeniem kluczowym dla pamięci. Tym, co zapamiętuje dziecko jako pierwsze są właśnie obrazy (M. Halbwachs, Społeczne ramy pamięci, Warszawa 1969, passim), złożone z systemu znaków. Pamięć jednostkowa jest przedstawieniem znaków i symboli pamięci zbiorowej. Znaki są „kluczem do jednostkowej i zbiorowej tożsamości [...] jądra psychologicznego ja” (M. Roth, Ironist’s Cage, s. 8-9 [cyt. za:] K. Lee Klein, O pojawieniu się…, s. 47.). Na poziomie sensu pamięci dokonuje się pewna faza interpretacji zapamiętanych obrazów, która wymaga od nas „dystansu wobec własnej pamięci, dystansu, który zrodzić się może jedynie z analizy własnych doświadczeń, emocji, przeżyć, działań [...]. Odkrycie reguł sensu oznacza więc zarazem pozyskanie świadomości tego, co tworzy naszą tożsamość” (K. Kaniowska, Antropologia i problem pamięci, „Konteksty” 2003, s. 57-65.).
„Artur Dimant – Żyd, Ariel Yahalomi – Izraelczyk – nie zapomniał i pomaga innym nie zapomnieć [...]. Gdy starzejemy się, odzywa się w nas wewnętrzny bodziec spisywania wspomnień, zapisywania... dla naszych dzieci i wnuków, dla przyszłych pokoleń. Aby pamiętali i nie zapomnieli. I nie wybaczyli temu, kto zgładził nasze rodziny, dążył do zagłady całego narodu, chciał zetrzeć nas z powierzchni ziemi...” (Sz. Weiss, Słowo wstępne, [w:] A. Yahalomi, op. cit. s. 6-7.). Jak zauważa Monika Szabłowska-Zaręba – „kluczem do pełnego odczytania książki Eugenii Prawer-Piński jest zrozumienie potęgi pamięci [...] aby uchronić egzystencję ludzi, choćby tylko kilkunastu, od całkowitego zapomnienia. W dużym stopniu jest to związane ze znaną od średniowiecza tradycją w kulturze żydowskiej pisania tzw. Memorbücher – ksiąg pamięci” (M. Szabłowska-Zaremba, Ocaleni przez pamięć, [w:] E. Prawer, op. cit., s. 4.). Sama autorka wspomnień pisze: „miejscem spotkań są moje wspomnienia, coraz bardziej urywkowe, wyblakłe, zacierające się w osłabionych fizjologicznym starzeniem się szarych komórkach mózgu” (E. Prawer, op.cit.s. 11). Swój paraliteracki powrót do Będzina przyrównuje do „spotkania w ruinach Pompei lub na Atlantydzie”, bo przecież ten świat istnieje już tylko w jej pamięci.
Pewien talmudysta - Yosef Yerushalmi - autor eseju, w którym czyni kategorię pamięci nadrzędnym przykazaniem i sensem istnienia Izraela, odnosi się do niej, jak gdyby była podstawowym i pierwszym wyznacznikiem człowieczeństwa. Można rzec: pamiętam, więc jestem. Wydaje się, iż przeniesienie pamięci (rozumianej jako przykazanie absolutne) (Y. H. Yerushalmi, Znaczenie w historii, pamięci i pisanie historii. Podstawy biblijne i rabiniczne, „Konteksty” 2003, nr 1-2, s. 58.) na grunt nadgranicznego miasteczka jest jak najbardziej możliwe i uzasadnione. Tradycja stanowiąca budulec mitu „Jerozolimy Zagłębia”, tak silnie kształtująca pamięć zbiorową, jest obiektywizacją zakorzenionego głęboko w podświadomości archetypu. Archetypiczna pamięć zbiorowa jest od lat istniejącym wzorcem, który przenika do umysłowości jednostkowej, dając wspólne wyobrażenia o Będzinie. Na tym zasadza się też specyfika literatury pogranicza. Polega ona na zdolności do symbolicznej transformacji doświadczeń do włączania ich w obręb kulturowej pamięci poprzez (działające na podświadomość) wzorce umityczniania.
Pamięć zbiorowa ubogaca i uzupełnia pamięć jednostkową. Dzieje się tak za sprawą różnych uwarunkowań społecznych (dzięki którym dochodzi na przykład do przyswajania pamięci cudzych - rodziny i środowiska lokalnego). Pamięć społeczna „zagarnia” niejako liczne pamięci jednostkowe, tworząc z nich wspólny los, świat przeżyć całego pokolenia. W przypadku okupowanego Będzina - pamięć traumatyczna, „wybiórcza” (bo skoncentrowana na silnych przeżyciach negatywnych) (J. Holzer, Pamięć i niepamięć, „Znak” 1995, nr 5, s. 31.) wpisała się w biografie setek byłych mieszkańców miasta. Tworzą oni swoistą „wspólnotę pamięci”, opartą nie tylko na wspólnym trwaniu w czasie, ale też na wspólnym posiadaniu znaków symbolicznych „w które pamięć społeczna przemienia wydarzenia i postacie przeszłości” (B. Szacka, O pamięci społecznej, „Znak” 1995, nr 5, s. 69.).
Będzińskie wspomnienia wpisują się w nurt paraliteratury, w której „zbiorowa tożsamość jest w większości sumą blizn na [...] zbiorowej duszy, spowodowanych przymusowym porzuceniem poprzednich tożsamości” (F. R. Ankersmit, Wzniosłe odłączenie się od przeszłości lub jak być/stać się tym kim się już nie jest, „Konteksty”, 2003, nr 3-4, s. 28.). Ta zbiorowa tożsamość wpisana była w przestrzeń i czas, do których nie ma już powrotu. Autobiograficzne powroty opierają się na tradycji, zbudowanej na gruncie wspólnoty wyznaniowej. Tworzy ona historyczną przestrzeń, dzięki której możliwy jest dialog z przeszłością. Rozpamiętywaniu towarzyszy jednak odczucie bólu, na który nałożyły się jeszcze doświadczenia wynikające z niemożności powrotu do siebie (spowodowane wydarzeniami marca 1968 roku). Przyczynia się to do poczucia nostalgii, która „bierze się z tęsknoty, tęsknota [zaś] z utraty” (P. Czapliński, Wzniosłe tęsknoty. Nostalgia w prozie lat dziewięćdziesiątych, Kraków 2001, s. 6.). Topos utraty powraca więc nieubłaganie w tych rozważaniach. Ocalali żyli z jej świadomością kilkadziesiąt lat. Pełne zakorzenienie (drugie)w Izraelu, Niemczech, czy wszędzie, gdzie rzucił ich los - poza obszarem pierwszej Arkadii - jest więc chyba niemożliwe. Pierwsza Arkadia jest na zawsze tą jedyną.
Poczucie utraty i świadomość trudnego powrotu do przeszłości towarzyszy stale Arielowi Yahalomi.„Nie byłem gotów na psychiczny powrót do tych okropnych czasów. Chciałem zapomnieć, dlatego zbudowałem swoistą barierę ochronną, odgrodziłem się od przeszłości, by móc prowadzić ‘normalne życie’” (A. Yahalomi, op. cit., s. 13), zwierza się autor książki. Yahalomi zestawia swój los z losem swego ziomka Arno Lustigera. Obaj po wielu latach podjęli trud opisania tamtych dni. Lustiger przez wiele lat nie potrafił odnaleźć się w roli świadka zagłady, pomimo tego, że będąc w obozie koncentracyjnym – właśnie to dawanie świadectwa prawdzie było zasadniczą motywacją, która utrzymywała go przy życiu (B. Kerski, J. Vincenz, Świadek i historyk…, s. 60.)
Obrazy zagłady świata jej dzieciństwa były wstrząsem ponad siły młodej, czternastoletniej dziewczynki. Wrażliwość Rutki Laskier nakazywała jej wątpić w rzeczy rudymentarne – w sens życia i opatrzność Boga: „co to będzie, Boże drogi. Oj Rutka, zwariowałaś już chyba z kre[tese]m; Boga wzywasz, tak jakby on istniał [...], gdyby istniał Bóg to na pewno nie pozwoliłby, by ludzi wtrącano żywcem do pieca, a małym dzieciom roztrzaskiwano główki karabinami...” (R. Laskier, op. cit., s. 49). „Mimo całej makabry my, młodzi, nie mogliśmy powstrzymać się od histerycznego śmiechu. To była mieszanina strachu i jakiejś tragikomedii. Może to była taka obrona organizmu, psychiki, która nie chciała przyjąć do wiadomości, że coś takiego ma miejsce” (L. Gold, Rutka była moją koleżanką, [w:] R. Laskier, op. cit.., s. 12) wspomina przyjaciółka Rutki – Linka Gold. Włączają się mechanizmy obronne: „dziwne, że obrazy z okresu mego dzieciństwa migają na ekranie mych powiek o wiele wyraźniej, niż chronologicznie późniejsze sceny tragicznego okresu mej młodości. Widocznie oparły sięcenzurze mózgu, który za wskazaniem sił samoobronnych ustroju, stara się niwelować to, co przykre lub niemożliwe do zniesienia...” (E. Prawer, op. cit., s. 11). „Świat naszej szkoły, który został zmieciony z powierzchni globu musiałby znaleźć swego barda, miary wielkich epickich pisarzy...”, pisze Eugenia Prawer, podkreślając tym samym pragnienie „ukrycia siebie” w strukturach fikcji literackiej, ale też usunięcia się na bok, „oddania” swoich przeżyć zawodowym literatom, aby samemu móc zapomnieć. „Pamięć i zapomnienie są jak dwie strony kartki papieru, nie ma jednej bez drugiej. Nie jest to jednak zapomnienie sensu stricto. Na to nie pozwoliłby ciężar gatunkowy traumatycznych przeżyć. Jest to raczej bezpieczne ‘lokowanie’ (oswajanie) poczucia utraty w zastanej teraźniejszości. Takie zapominanie przywraca spokój. Poczucie utraty jest siłą niszczącą. Przenosi się na teraźniejszość w ten sposób, iż daje odczucie teraźniejszości „zubożonej”, zniszczonej (po Holokauście) poprzez zwątpienie w Człowieka.
Od prawie dziesięciu lat Będzin wraca do swej żydowskiej przeszłości. Organizowane są tutaj Dni Kultury Żydowskiej (rokrocznie od 2003 r.), którym towarzyszą liczne sesje naukowe, wystawy, publikacje itd.; w działaniach tych współuczestniczy Światowy Związek Żydów Zagłębia, którego obecny prezes – Abraham Green – jest częstym gościem w mieście. Będzińska Fundacja „Jona” od kilku lat podejmuje próbę ocalenia od zapomnienia wspomnień ludzi, którym dane było przeżyć Zagładę. To za sprawą kilku osób w Będzinie, którym przyświeca ta szczególna misja, możemy dziś znaleźć na księgarskich półkach te wyjątkowe książki. Ubolewać jedynie trzeba, że ukazują się one w tak niewielkich nakładach.
Maciej Dęboróg-Bylczyński
Zdjęcia Robert Garstka

