Strona główna | Redakcja

Berłem i Fraszką. Z Leszkiem Wierzchowskim rozmawia Paweł Sarna / nr 8/10

Jego arystokratyczny tytuł brzmi: "Jego Królewska Wysokość Leszek Antoni Wielki Książę Wierzchowski, z Łaski Boga i Woli Narodu Regent Polski i Polskiego Ruchu Monarchistycznego, Wielki Kniaź Ukrainy - Rusi, Kniaź Imperium Rosji, Emir Tatarów, Kawaler Orderu Regencji na Wielkiej Wstędze z Gwiazdą, Wielki Mistrz Zakonu Rycerzy Polskiej Korony, Wielki Mistrz Kapituły Orderu św. Stanisława etc.". Jak przypomina, jest drugim Polakiem – po papieżu Janie Pawle II – uhonorowanym ukraińskim Orderem Króla Daniły Halickiego, panującego w średniowieczu na Rusi Kijowskiej i porównywanego z polskim królem Bolesławem Chrobrym. Pochodzi ze starego rodu herbu Pobóg, którego przodkowie zwycięsko walczyli pod Grunwaldem.

Jest również literatem. Autorem współczesnej poetyckiej epopei – paradokumentalnego dramatu pt.”Millenium” o historycznych wydarzeniach w Gdańsku w 1980 roku, a także fraszkopisarzem. W ostatnich latach ukazały się zbiory jego fraszek: „Manifest erotyczny” (2002), „Dziwne stany świadomości” (2003), „Imionnik zakochanych” (2004), „Erotyczne przymiarki” (2009), a w przygotowaniu do druku kolejny zbiór.

Click image to open!
Click image to open!
Click image to open!
Click image to open!

Czy mam się zwracać Wasza Królewska Mość, Wasza Ekscelencjo...

To zależy od indywidualnego traktowania mnie. Jestem magistrem polonistyki, więc w gronie studentów pewnie usłyszę „panie magistrze”. Jeśli ktoś chce mnie widzieć w aspekcie monarchistycznym, to nie będę miał nic przeciwko temu, żeby do mnie mówić Wasza Wysokość czy Książę Regencie.

Wszystko zależy od sytuacji, od kontekstu?

Oczywiście. Może pan redaktor zwracać się do mnie per pan.

Będąc regentem w tym wypadku zastępuje Pan króla, dopóki władzy nie przejmie prawowity władca? Czy dobrze to odczytuję?

Bardzo dobrze!... Kiedy w 1991 roku tworzyłem Polski Ruch Monarchistyczny, którego dewizą jest : BÓG - KRÓL- HONOR - OJCZYZNA, trzeba było również stworzyć monarchistyczną nomenklaturę. To nie mógł być pierwszy sekretarz, który kojarzy się z niedawno minionym ustrojem w Polsce, ani też przewodniczący czy prezes. Jako szef PRM razem z gronem osób, które zakładały organizację, później sądownie zarejestrowaną i mającą osobowość prawną, doszliśmy do wniosku, że będzie to regent, co wiąże się z monarchią. Regent, czyli urzędnik, w tym wypadku szef organizacji o charakterze monarchistycznym, której celem jest dążenie na drodze ewolucyjnych przemian w świadomości społeczeństwa do wprowadzenia w Polsce dziedzicznej monarchii konstytucyjnej. Monarchii nowoczesnej - takiej , jaka jest w Hiszpanii. Przecież na świecie jest ponad 40 monarchii, a Japonia jest nawet cesarstwem! Tutaj dużo zależy od mentalności i świadomości społeczeństwa danego kraju... Zgodnie z naszym statutem mamy kierownictwo czyli – Radę Regencyjną PRM, a w niższych strukturach terenowych są księstwa i starostwa. Np. księstwo śląskie, łódzkie, pomorskie itd. To stosowna dla naszej organizacji nomenklatura.

Czym zajmuje się regent?

Jestem nie tylko szefem monarchistycznej organizacji, ale również ideologiem, a więc głoszącym monarchistyczne wartości, jak również praktykiem – oczywiście, na miarę możliwości i zgodnie z prawem.

Jak rozumiem, to nie Pan ma być królem?

Mamy pretendenta do tronu, ale kiedy z nim rozmawiałem, czy mogę dziennikarzom ujawniać jego tożsamość, odpowiedział: „Absolutnie nie! Nie teraz, jest za wcześnie !...”. A dlaczego nie? Dlatego, że najpierw społeczeństwo polskie musi dojrzeć tej formy sprawowania najwyższej władzy w państwie, a dopiero wtedy, za ileś lat będzie można powiedzieć o pretendencie. Najpierw monarchistyczne wartości muszą dotrzeć do społeczeństwa, w przeciwnym razie ludzie nie koncentrowaliby się na nich, tylko osobie pretendenta do polskiego tronu. Czy jest zamożny, jakie ma wykształcenie, jaki ma samochód, a z kim śpi itp. itp. Z poważnej sprawy zrobiłby się kabaret, a wartości , które niesie monarchia, stałyby się nieistotne dla społeczeństwa.

Jakie to wartości?

Uczciwość. Honor. Godność osobista. Godność narodowa. Nienaruszalność własności. Szacunek dla najważniejszej głowy w państwie – obecnie do prezydenta, niezależnie od jego nazwiska. A w przyszłości do majestatu króla.

Kandydował Pan w wyborach prezydenckich w 1995 roku. Niedługo będą kolejne. Czy rozważa Pan w nich udział?

Nie, ponieważ doszedłem do wniosku, że nie czas ! To może melodia przyszłości ?... Obecnie bardzo dużo jest do zrobienia przez rząd, wiele spraw do uporządkowania. Na dziś są to rzeczy najistotniejsze. Teraz trzeba głosić - jeszcze raz powtórzę - wartości dziedzicznej monarchii konstytucyjnej. Nowoczesnej monarchii, na miarę naszych czasów, a nie jakiejś archaicznej... Współczesne monarchie idą z duchem czasu i rozwiązują problemy zgodnie z oczekiwaniami społeczeństwa. Wiele osób z Polski wyjeżdża w poszukiwaniu pracy do Wielkiej Brytanii, Szwecji, Norwegii, Belgii, Hiszpanii , gdzie są monarchie. Polacy widzą, że tam ludziom żyje się dobrze, a nawet bardzo dobrze, lecz nie pomyślą nawet, że stabilizatorem tego dobrobytu jest właśnie będąca w tych krajach monarchia! To, co w tych krajach najlepsze, przenieśmy do Polski. Również system sprawowania najwyższej władzy w państwie! Stwórzmy monarchię!...Moją dewizą jest: „Monarchia to porządek, porządek to stabilne prawo, a stabilne prawo to – dobrobyt obywateli!”.

A co to znaczy nowoczesna monarchia?

To taka monarchia, w której król pełni dwie funkcje. Po pierwsze jest ponad politycznymi podziałami, czyli - ojcem duchowym narodu. A po drugie, jest prawdziwym gospodarzem kraju. Prezydent, choćby najlepszy, zawsze będzie tylko tymczasowym zarządcą. A z doświadczenia wiemy, że lepszy jest gospodarz... Jeśli król ojciec czegoś by nie dopatrzył, czy to w obronności, gospodarce , kulturze, czy w innej dziedzinie, to jego następca musiałby zadośćuczynić. Stąd mówimy o dziedzicznej monarchii konstytucyjnej, gdzie odpowiedzialność spada z ojca na syna, wnuka... Tego brak w systemie prezydenckim! W dziedzicznej monarchii jest ciągłość władzy, ale i ciągłość odpowiedzialności. To właśnie o tę ciągłość zabiegali twórcy Konstytucji 3 Maja, którzy ponad dwieście lat temu stwierdzili, że wolna elekcja jest zgubą Polski. Tymczasem obecny system jest taki, powiedzmy symbolicznie, że przychodzi ekipa w skarpetkach, są nieprawidłowości gospodarcze i inne, a potem amnestia , nie ma winnych i ta ekipa odchodzi w lakierkach. A po nich choćby potop!... To praktyka wolnej elekcji! A przecież te pieniądze, które są przeznaczane na wybory prezydenckie , można by przeznaczyć na działalność charytatywną, na hospicja, na matki samotnie wychowujące dzieci etc. etc. To ogromne potrzeby i wielki problem do rozwiązania !...

Ale jak wprowadzić monarchię, jeśli nie przez wybory, a Pan przecież nie chce kandydować?

Są trzy sposoby wprowadzenia monarchii w Polsce. Swego czasu już nieżyjący profesor prawa konstytucyjnego Czeszejko-Sochacki wypowiadał się na ten temat na łamach ogólnopolskiego dziennika „Rzeczypospolita”. Stwierdził, że obecna konstytucja pozwala wprowadzić monarchię na trzy sposoby. Po pierwsze, w wyniku powszechnego referendum. Po drugie, w wyniku głosowania , gdyby 2/3 członków Sejmu i Senatu RP czyli Zgromadzenia Narodowego opowiedziało się za monarchią. Po trzecie dekretem prezydenta RP. I będzie to zgodne z obecną konstytucją.

Dawid Czerny na naszych łamach w ubiegłym roku napisał kilka zdań, do których warto się odnieść. Zacytuję „Ambicja, by mieć wpływ na jak najwięcej dziedzin życia Polaków nie jest obca Wierzchowskiemu, tak jak innym politykom. PRM proponuje bowiem nowy styl twórczości artystycznej, który miałby łączyć nowoczesność z nawiązaniem do najlepszych polskich tradycji narodowych (styl regencyjny). Już kiedyś władza wyznaczała standardy w kulturze i co z tego wyszło? Socrealizm...” Czy chce Pan narzucić coś twórcom?

Nie chcę niczego narzucać. Ale zauważmy, że np. jeśli chodzi o kulturę polityczną ,to w Hiszpanii można pisać wszystko i o wszystkim, natomiast osoba króla jest nietykalna w mediach. Jest niepodważalnym autorytetem. To jeśli chodzi o wolność słowa. Teraz styl. Przykładem niech będzie architektura. Naprawdę lubię nikiel i szkło, te szklane domy, o których pisał Żeromski, ale z pewnymi akcentami polskimi, żeby nie zapominać „o przeszłości ołtarzach”. Przecież swoje cechy charakterystyczne ma np. klasyczna architektura niemiecka czy francuska. Mówiąc o literaturze, zauważmy, że czytając Dostojewskiego, Szekspira czy choćby Haszka, znajdujemy w ich twórczości zarówno elementy uniwersalne, wspólne dla naszego kręgu kulturowego, ale również rodzime rosyjskie, angielskie czy czeskie. Mnie również chodzi o uniwersalizm , ale i o ich rodzimą polskość !...

Pisarzom nie chce Pan niczego narzucić?

Nie mówię: macie pisać tak czy inaczej. Wychodzę z tradycyjnych, klasycznych założeń kultury, której wyznacznikami powinny być piękno i dobroć! Jeśli w literaturze znajduję przekleństwa i „rynsztok” - to mi nie odpowiada - zarówno jako monarchiście, jak i prywatnie.

Kolejny zarzut Czernego: „Wierzchowski jest uznanym fraszkopisarzem, ale czy walczącemu o wartości tradycyjne Księciu Regentowi wypada poruszać takie tematy i w taki sposób? Może właśnie to jego twórczość promuje tzw. styl regencyjny w kulturze?” Autor tych słów krytykuje pewną frywolność i erotyczną tematykę Pańskich utworów. Po drugie z nieufnością odnosi się do stylu regencyjnego – czym on jest?

Wnioskuję, że pan Czerny absolutnie mnie nie zrozumiał! I nie poznał dobrze mojej twórczości literackiej, która ma wiele barw. Są to zarówno bardzo poważne dramaty poetyckie, z których najważniejszym jest „Millenium czyli Narodziny Solidarności Narodu Polskiego w Gdańsku podczas strajku 1980 roku”,  ale również lżejszy gatunek literacki – fraszki. A frywolny jeśli jestem, to mieszczę się w kanonie dobrego smaku.

Wracając do pańskiej twórczości literackiej i tematów erotycznych. Przecież są one widoczne już w tytułach – „Manifest erotyczny”, „Imionnik zakochanych”, „Erotyczne przymiarki” . To pańska prowokacja czy ktoś nie doczytał?


Recenzenci moich książek podkreślają, że Wierzchowski we fraszkach nieraz balansuje na granicy przyzwoitości, ale nigdy jej nie przekracza. I tej zasady się trzymam! Lubię żonglerkę słowną, finezję, to przecież jest zaletą dobrej fraszki! Owszem, piszę dużo fraszek erotycznych, stanowią 2/3 mojej twórczości. Ale są także fraszki społeczno-obyczajowe, liryczne ,a nawet głęboko filozoficzne. Razem jest sporo! Przez minionych czterdzieści lat napisałem ich 20 tysięcy...

Teraz trochę o pańskich literackich początkach. Jakieś ciekawe wspomnienie z tamtych lat?

Swego czasu, w pierwszych latach gierkowskich, praktykowałem jako dziennikarz w czasopiśmie „Poglądy” w Katowicach. Redaktorem naczelnym był Wilhelm Szewczyk, a kierownikiem działu kulturalnego poeta Tadeusz Kijonka. Miałem trochę ponad 20 lat, byłem przed debiutem literackim. Pisałem wiersze liryczne, fraszki i poetyckie jednoaktówki. Jak mówią recenzenci, mam dobre ucho, czuję rytm. Zaniosłem redaktorowi Kijonce do oceny to, co napisałem. Pewnego dnia powiedział mi „Te wiersze liryczne – niedobre, młodopolskie. Pański rodzaj talentu to fraszki. Niech pan fraszki pisze, fraszki!”. Byłem załamany !... Wszakże marzyło mi się być poetą lirycznym. Ale zaniosłem moje fraszki do „Trybuny Robotniczej”, do kierownika działu humoru i satyry Mieczysława Brzozy, syna Jana Brzozy, lwowskiego pisarza, żeby przeczytał i ocenił, czy nadają się do druku, czy nie. On przeczytał i powiedział „Dobre, drukujemy !”. Tak się to zaczęło... To był mój debiut na łamach prasy. W lipcu bieżącego roku minie 40 lat od tamtej chwili. Nie zrezygnowałem z pisania wierszy lirycznych, ale tworzyłem też fraszki. Wysyłałem je do różnych czasopism. Wiersze mi odrzucano, a fraszki chętnie publikowano. Były w radio, w różnych mediach krajowych i zagranicznych. Ba, dostrzegł mnie Zarząd Główny Związku Literatów Polskich w Warszawie i przyznał mi stypendium na kontynuowanie twórczości fraszkopisarskiej. Pisałem także wierszowane jednoaktówki humorystyczne jak i bardzo poważne/np.”Faszyzm”/. W marcu 1981 zostałem wysłany do Gdańska przez czasopismo związkowe „Budowlani”, w którym pracowałem jako redaktor, aby napisać reportaż o tym, co wydarzyło się w sierpniu 1980 roku w Gdańsku. I tu znów interesująca przygoda... Zaszedłem do siedziby związku „Solidarność” w Stoczni Gdańskiej , przedstawiłem się...

I jak pana tam przyjęli?

Stoczniowcy myśleli, że może jestem reżimowym dziennikarzem, który chce na nich napadać. Trochę obawiali się tego , mając przykre doświadczenia z prasą. Powiedziałem „Drodzy państwo, ja tylko chcę rzetelnie napisać, jak to w tym sierpniu 1980 roku było u was w stoczni , bo na południu Polski ludzie nie wiedzą dokładnie, a wersje krążą różne”. Wtedy - spośród wielu osób siedzących przy długim stole w siedzibie stoczniowej „Solidarności”- wstała pewna kobieta i powiedziała „To ja panu wszystko opowiem, bo to ja jestem prawie że sprawczynią tego wszystkiego. Ja pana zaprowadzę do wielu osób , które wówczas strajkowały, pokażę tu wszystko. Nazywam Anna Walentynowicz”. Po czym wzięła mnie pod rękę i zaprowadziła do Andrzeja Gwiazdy, do Aliny Pieńkowskiej i do wielu, wielu innych. Przez parę dni pobytu w Gdańsku zapisałem kilka stukartkowych brulionów. Zapisywałem – słowo w słowo, a stoczniowcy ,widząc mnie w towarzystwie Anny Walentynowicz, rozmawiali ze mną chętnie i szczerze. Najtrudniej było mi spotkać się z przewodniczącym krajowej „Solidarności” Lechem Wałęsą, który urzędował poza stocznią. Zaszedłem do biura jego rzecznika prasowego, który spytał, czy byłem umówiony na spotkanie. Odpowiedziałem, że nie. „Jak nie, to nie ma spotkania z przewodniczącym”. Ale dziennikarz to taka bestia, co go drzwiami wyrzucą, to oknem wejdzie. W Rzymie być , a papieża nie widzieć, nie może to być!...

Wtem na korytarzu usłyszałem jakiś szum, po czym zobaczyłem wielu dziennikarzy. Ktoś szedł z kamerą. Byli to Japończycy. Okazało się, że wkrótce Wałęsa ma pojechać do Japonii. Więc wmieszałem się w ich ekipę i tak wszedłem na salę konferencyjną. Rzecznik mnie wypatrzył, ale nie wyrzucił, tylko powiedział, żebym żadnych pytań nie zadawał. Bo Wałęsa musiał mieć wcześniej przygotowane pytania i odpowiedzi. Ale udało mi się zadać jedno i drugie pytanie, jeszcze trzecie już na schodach po konferencji prasowej. Do gazety zrobiłem rozkładówkę jedną i drugą... Ale zostało mi jeszcze tak wiele niewykorzystanego wartościowego materiału, który zebrałem w Gdańsku, że postanowiłem napisać wierszem kolejną jednoaktówkę pt. „Millenium”. A wyszło – pięć aktów z Prologiem i Epilogiem! Książka miała ukazać się drukiem przed świętami Bożego Narodzenia w 1981 r. Tymczasem wprowadzony został stan wojenny. I – jak dowiedziałem się po wielu latach - „Millenium” odbijane na powielaczach krążyło po Polsce w drugim obiegu. Ten poetycki dramat paradokumentalny, uznany przez krytyków literackich za współczesną epopeję, w której nawiązałem także do takich historycznych wydarzeń, jak Powstanie Warszawskie 1944 roku, wydarzenia marcowe 1968, grudzień 1970 roku w Gdańsku doczekał się oficjalnego wydania dopiero w 1998, a następnie w 1999 r. Kiedy czytał go powszechnie znany duchowny , będący uczestnikiem wydarzeń sierpniowych 1980 roku w Gdańsku, ze swoistą swadą powiedział „ To Wierzchowski za swoje „Millenium” powinien otrzymać Literacką Nagrodę Nobla, a nie ta poetka z Krakowa!...”.

Marta Fox na swoim blogu obiecała opisać historię pod tytułem: „Co Leszek Wielki Książę Wierzchowski wyczyniał w roku 1975 na ulicy Wieczorka w Katowicach, 8 marca”. Nigdzie nie znalazłem jej rozwinięcia, oprócz wzmianki, że po latach spotkaliście się w dziwnych okolicznościach, a historia jest sensacyjna. Nie ukrywam, że jestem ciekaw!


Z Miśką poznałem się jeszcze na studiach, byłem jej powiernikiem, ”konsultowała” ze mną uwagi o wszystkich pretendentach do jej ręki. W Katowicach mieszkaliśmy niedaleko siebie. Była to tylko zwykła sympatia i nie było mowy o czymś więcej, jakichś związkach bliższych, co sobie jasno powiedzieliśmy. I tak było do czasu , gdy wyszła za mąż. Ale co się wydarzyło w tamtym 1975 roku, to nie pamiętam.
A czasem nie oświadczał się pan Marcie Fox? Podobno jeszcze na studiach prosił Pan o rękę ją, a niedługo później jej siostrę. Tak napisała sama Marta Fox.

Zawsze miałem duże poczucie humoru. Jeszcze studiując na Uniwersytecie Śląskim działałem w kabarecie UŚołek, m. in. grając rolę Portiera Amorka. Natomiast będąc sympatycznie goszczony przez mamę Miśki i jej siostry, przychodziłem do nich z kwiatami z okazji imienin. A wtedy z szarmanckim, teatralnym gestem , chyba nawet z przyklękiem na jedno kolano i całowaniem w dłoń. To był taki prawie że rodzinny teatrzyk, trochę kabaretowy. Inne rozumienie mojego zachowania się wobec nich byłoby nadinterpretacją! Niemniej schlebiają mi takie wspomnienia. Zawsze chodziło nam o dobry nastrój, kulturę, lubiliśmy sobie pożartować. Natomiast , nie ukrywam, że jedna z jej sióstr – nie powiem która – podkochiwała się we mnie !...

M. Fox wprawdzie nie została księżną, ale otrzymała tytuł baronowej, który również dziedziczą jej córki….


Jako regent mam prawo do potwierdzania starych tytułów szlacheckich, jak również nadawania nowych za zasługi. Ludzie wartościowi, szlachetni są w różnych warstwach społecznych. My, monarchiści, widzimy to i staramy się ich docenić, honorować odznaczeniami i tytułami szlacheckimi. Miśkę, czyli Martę Fox - w porozumieniu z Radą Regencyjną PRM - uhonorowałem tytułem baronowej w uznaniu jej zasług literackich.

A do czego mogą się dzisiaj przydać te wszystkie tytuły?

Do tego, żeby te osoby, które je otrzymują, mogły powiedzieć sobie: mam zasługi i ktoś to widzi, docenia. Na Zachodzie Europy, w monarchiach też są nadawane tytuły szlacheckie. Królowa brytyjska nadaje ich rocznie ponad 1000, o czym w Polsce się nie mówi. Ja nadaję ich zaledwie kilka. Zgodnie z przysługującym mi prawem nadaję również odznaczenia, ale tylko tytuły kłują w oczy niektórych…

Pan jest Zagłębiakiem, pańska żona pochodzi z Jaworzna. Lubi pan ten region?

Cenię mieszkańców Jaworzna za ich otwartość, życzliwość i dużą przedsiębiorczość widoczną na każdym kroku w tym mieście. Co do mnie - zawsze czułem się Zagłębiakiem. Zagłębie jest częścią Małopolski, a mój ród przed czterystu laty przybył tu z północno-wschodniego krańca Małopolski. Ja urodziłem się w Zawierciu, mieszkałem w Sosnowcu, a pracuję w Dąbrowie Górniczej... Zagłębiacy mają swoją mentalność, swój sposób myślenia. Dlatego najlepiej czuję się wśród Zagłębiaków i czuję z nimi emocjonalną więź!

(Tekst autoryzowany: Leszek Wierzchowski)

 

Partnerzy