Twoja debiutancka książka cieszyła się sporym rozgłosem, drugi tomik potwierdził wagę debiutu. Czy czujesz presję – ze strony czytelników, wydawcy, własnego ego – aby najnowszy zbiór był wydarzeniem na miarę Somy?
Nie czuję na pewno żadnej presji, żadnego parcia – napisałem po prostu tom, bez oglądania się na poprzednie wiersze, na poprzednie „sukcesy”. Mam jednak jednocześnie nadzieję, że mój ostatni tom jest najlepszy, najbardziej dojrzały – co na to powiedzą krytycy i czytelnicy, zobaczymy. W sumie często taka sytuacja powtarza się w muzyce – artyści wypowiadają się, że ich ostatnia płyta jest najlepsza, najciekawsza, a potem to różnie z tym wychodzi. Powiedzmy taki Slayer, czy Metallica – zespoły bardzo popularne, które niestety nie nagrały ostatnio tak dobrych płyt jak np. „South of Heaven”, czy powiedzmy “......And Justice for All”.
Lubisz opatrywać swoje tomiki mottami. W najnowszej książce znajdujemy cytat, którego autorem jest Emil Laine. Dlaczego właśnie ten fragment?
To motto wydało mi się bardzo metafizyczne, a chciałbym, żeby również mój tom uciekał w takie rejony, by był bardziej nieokreślony, a co za tym idzie – trudniejszy, ciekawszy w interpretacji. Poza tym warto cytować autorów lepszych od siebie – jest to dopingujące.
„Z pisaniem związane jest natchnienie” – powiedziałeś nie tak dawno podczas rozmowy z Romanem Honetem. Nie obawiasz się używać kategorii tradycyjnych, które nieczęsto pojawiają się we współczesnym dyskursie o literaturze. Czujesz się tradycjonalistą?
Wierzę, że jest coś takiego jak natchnienie. Co prawda termin ten został przewartościowany już bardzo dawno i w sumie można wyjść na głupka używając takich definicji w XXI wieku, ja jednak się ich nie boję, nie wstydzę – to, że termin wyszedł z mody, nie znaczy, że natchnienia nie ma i nagle znikło. Wierzę również w jakąś siłę, która każe pisać; dla jednych to elementy natchnienia, dla innych jakiś mądrze nazwany imperatyw. Tradycjonalistą się jednak nie czuję, czuję natomiast wagę tradycji, i to nie tylko tej literackiej. Również kulturowej, społecznej, czy jakiejś tam innej.
Jesteś wesołym człowiekiem, który pisze smutne wiersze. Mówił Ci to ktoś?
Często to słyszę. Ostatnio wiele razy próbowałem napisać coś wesołego, ale zawsze mi wychodzą z tego jakieś smuty. Próbuję jednak wszystko robić, żeby chociaż na spotkaniach autorskich było weselej.
Poprzednim pytaniem chciałem nawiązać do twoich działań quasi-kabaretowych jeszcze na studiach. Mam nadzieję, że nie obrazisz się za to określenie. Już wtedy pisałeś wiersze, ale lubiłeś też robić skecze, parodie… trudno mi nazwać gatunki. Opowiedz trochę o tamtych czasach. Szczególnie interesuje mnie projekt pod nazwą „Mała żwirownia”.
Te wszystkie „wygłupy” były odskocznią od tego drętwego języka nauki, jakim nas dzień w dzień karmiono. Pamiętam, że na zajęciach często prowadzący nie mówili czegoś wprost, tylko ubierali w gruby kożuch pojęć i definicji. Kożuch jednak nam troszkę cuchnął i był wręcz odpychający, nie wiem może na tym właśnie powinny polegać studia polonistyczne, czy inne, było to jednak dla mnie meczące, wręcz śmieszne. Pamiętam, że jeden doktor nie mówił, że Kochanowski podróżował, tylko że Kochanowski peregrynował. No cóż, peregrynacja strasznie zajmująca rzecz, człowiek nie ma wtedy czasu na podróże.
„Mała żwirownia” natomiast był to zbiór fraszek pisanych z Pawłem Sobierajskim, świetnie się przy tym bawiliśmy – na jednych zajęciach ze staro-cerkiewno-słowiańskiego Paweł spadł ze śmiechu z krzesła. Kontynuacją tej „antologii” był zbiór „Wróble kontra Luftwaffe”. Stare dobre czasy.
„Czy podzielasz opinię Wojciecha Kuczoka, że przyznać się dziś do bycia poetą to tak, jakby przyznać się, że sypia się w bunkrze na przedmieściach?” – to pytanie pojawiło się w ankiecie Biura Literackiego skierowanej do poetów i krytyków. A zatem – podzielasz?
Nie podzielam, nie wiem, co ten Kuczok wymyślił. Wiele jest w tym powiedzeniu przesady, ja tam się nie wstydzę, że piszę. Jeśli ktoś ma takie problemy z przyznaniem się do tego, co robi i co go pasjonuje, to mu współczuję.
Na koniec pytanie o Twoje najbliższe plany: literackie, muzyczne i te „na życie”.
Literackie: kolejna, czwarta książka (gdzieś połowa wierszy już jest).
Muzyczne: przygotowuję projekt „Mimikra”, który będzie promował najnowszą książkę (trochę elektroniki, trochę instrumentów akustycznych).
„Na życie”: spłodzić syna, postawić dom, wyprawić dzieci na studia, żonę do teściowej, wyłączyć telefon, położyć się i długo spać.
Nie czuję na pewno żadnej presji, żadnego parcia – napisałem po prostu tom, bez oglądania się na poprzednie wiersze, na poprzednie „sukcesy”. Mam jednak jednocześnie nadzieję, że mój ostatni tom jest najlepszy, najbardziej dojrzały – co na to powiedzą krytycy i czytelnicy, zobaczymy. W sumie często taka sytuacja powtarza się w muzyce – artyści wypowiadają się, że ich ostatnia płyta jest najlepsza, najciekawsza, a potem to różnie z tym wychodzi. Powiedzmy taki Slayer, czy Metallica – zespoły bardzo popularne, które niestety nie nagrały ostatnio tak dobrych płyt jak np. „South of Heaven”, czy powiedzmy “......And Justice for All”.
Lubisz opatrywać swoje tomiki mottami. W najnowszej książce znajdujemy cytat, którego autorem jest Emil Laine. Dlaczego właśnie ten fragment?
To motto wydało mi się bardzo metafizyczne, a chciałbym, żeby również mój tom uciekał w takie rejony, by był bardziej nieokreślony, a co za tym idzie – trudniejszy, ciekawszy w interpretacji. Poza tym warto cytować autorów lepszych od siebie – jest to dopingujące.
„Z pisaniem związane jest natchnienie” – powiedziałeś nie tak dawno podczas rozmowy z Romanem Honetem. Nie obawiasz się używać kategorii tradycyjnych, które nieczęsto pojawiają się we współczesnym dyskursie o literaturze. Czujesz się tradycjonalistą?
Wierzę, że jest coś takiego jak natchnienie. Co prawda termin ten został przewartościowany już bardzo dawno i w sumie można wyjść na głupka używając takich definicji w XXI wieku, ja jednak się ich nie boję, nie wstydzę – to, że termin wyszedł z mody, nie znaczy, że natchnienia nie ma i nagle znikło. Wierzę również w jakąś siłę, która każe pisać; dla jednych to elementy natchnienia, dla innych jakiś mądrze nazwany imperatyw. Tradycjonalistą się jednak nie czuję, czuję natomiast wagę tradycji, i to nie tylko tej literackiej. Również kulturowej, społecznej, czy jakiejś tam innej.
Jesteś wesołym człowiekiem, który pisze smutne wiersze. Mówił Ci to ktoś?
Często to słyszę. Ostatnio wiele razy próbowałem napisać coś wesołego, ale zawsze mi wychodzą z tego jakieś smuty. Próbuję jednak wszystko robić, żeby chociaż na spotkaniach autorskich było weselej.
Poprzednim pytaniem chciałem nawiązać do twoich działań quasi-kabaretowych jeszcze na studiach. Mam nadzieję, że nie obrazisz się za to określenie. Już wtedy pisałeś wiersze, ale lubiłeś też robić skecze, parodie… trudno mi nazwać gatunki. Opowiedz trochę o tamtych czasach. Szczególnie interesuje mnie projekt pod nazwą „Mała żwirownia”.
Te wszystkie „wygłupy” były odskocznią od tego drętwego języka nauki, jakim nas dzień w dzień karmiono. Pamiętam, że na zajęciach często prowadzący nie mówili czegoś wprost, tylko ubierali w gruby kożuch pojęć i definicji. Kożuch jednak nam troszkę cuchnął i był wręcz odpychający, nie wiem może na tym właśnie powinny polegać studia polonistyczne, czy inne, było to jednak dla mnie meczące, wręcz śmieszne. Pamiętam, że jeden doktor nie mówił, że Kochanowski podróżował, tylko że Kochanowski peregrynował. No cóż, peregrynacja strasznie zajmująca rzecz, człowiek nie ma wtedy czasu na podróże.
„Mała żwirownia” natomiast był to zbiór fraszek pisanych z Pawłem Sobierajskim, świetnie się przy tym bawiliśmy – na jednych zajęciach ze staro-cerkiewno-słowiańskiego Paweł spadł ze śmiechu z krzesła. Kontynuacją tej „antologii” był zbiór „Wróble kontra Luftwaffe”. Stare dobre czasy.
„Czy podzielasz opinię Wojciecha Kuczoka, że przyznać się dziś do bycia poetą to tak, jakby przyznać się, że sypia się w bunkrze na przedmieściach?” – to pytanie pojawiło się w ankiecie Biura Literackiego skierowanej do poetów i krytyków. A zatem – podzielasz?
Nie podzielam, nie wiem, co ten Kuczok wymyślił. Wiele jest w tym powiedzeniu przesady, ja tam się nie wstydzę, że piszę. Jeśli ktoś ma takie problemy z przyznaniem się do tego, co robi i co go pasjonuje, to mu współczuję.
Na koniec pytanie o Twoje najbliższe plany: literackie, muzyczne i te „na życie”.
Literackie: kolejna, czwarta książka (gdzieś połowa wierszy już jest).
Muzyczne: przygotowuję projekt „Mimikra”, który będzie promował najnowszą książkę (trochę elektroniki, trochę instrumentów akustycznych).
„Na życie”: spłodzić syna, postawić dom, wyprawić dzieci na studia, żonę do teściowej, wyłączyć telefon, położyć się i długo spać.

